Czytanie gazet z pożytkiem.
Muszę wyznać, nie bez wstydu, że nie jestem gorliwym czytelnikiem periodyków, marnując to, co w nich najlepsze, to jest periodyczność. I to bynajmniej nie dlatego, że je lekceważę. Raczej wręcz przeciwnie, uważam, że periodyki mogą być cennym źródłem informacji pod warunkiem, że są czytane z należytą uwagą i w odpowiednim miejscu. Ja, niestety, nie wyrobiłem w sobie tego nawyku, ponieważ do domu wariatów przychodziły wyłącznie, z niezawodnym opóźnieniem, pojedyncze numery najróżniejszych dzienników, i nawet one stanowiły przedmiot rozbojów, bójek i sporów, ponieważ nic nie wzbudzało takiego zainteresowania, entuzjazmu i agresji pacjentów jak wiadomości i komentarze dotyczące Tour de France, który wszyscy z uporem maniaków uważali za trwający nieprzerwanie, a nie, jak to było w rzeczywistości, przez kilka tygodni lipca. Wskutek powyższego cała zawartość dziennika była interpretowana jako odnosząca się do Tour de France, z czego wynikały(jak zawsze, gdy zaślepienie zwycięża rozsądek) ożywione hermeneutyczne dyskusje oraz napaści słowne i czynne, nieodmiennie zakończone interwencją naszych opiekunów i ich giętkich pałek. A wówczas wszyscy ruszaliśmy rączym peletonem, pedałując bez rowerów, ten w stylu Alexa Zulle, tamten Induraina, ów, bardziej skromnie , a la Blijevens lub Bertoletti, ktoś inny z racji wieku, w stylu Martina Bahamontesa czy Louisona Bobeta. A to nie sposób czytania czasopisma z pożytkiem
Cytat pochodzi z:
E. Mendoza: Przygoda fryzjera damskiego. Kraków 2004, s. 53.