czwartek, 11 września 2008

Przygoda fryzjera damskiego

Czytanie gazet z pożytkiem.

Muszę wyznać, nie bez wstydu, że nie jestem gorliwym czytelnikiem periodyków, marnując to, co w nich najlepsze, to jest periodyczność. I to bynajmniej nie dlatego, że je lekceważę. Raczej wręcz przeciwnie, uważam, że periodyki mogą być cennym źródłem informacji pod warunkiem, że są czytane z należytą uwagą i w odpowiednim miejscu. Ja, niestety, nie wyrobiłem w sobie tego nawyku, ponieważ do domu wariatów przychodziły wyłącznie, z niezawodnym opóźnieniem, pojedyncze numery najróżniejszych dzienników, i nawet one stanowiły przedmiot rozbojów, bójek i sporów, ponieważ nic nie wzbudzało takiego zainteresowania, entuzjazmu i agresji pacjentów jak wiadomości i komentarze dotyczące Tour de France, który wszyscy z uporem maniaków uważali za trwający nieprzerwanie, a nie, jak to było w rzeczywistości, przez kilka tygodni lipca. Wskutek powyższego cała zawartość dziennika była interpretowana jako odnosząca się do Tour de France, z czego wynikały(jak zawsze, gdy zaślepienie zwycięża rozsądek) ożywione hermeneutyczne dyskusje oraz napaści słowne i czynne, nieodmiennie zakończone interwencją naszych opiekunów i ich giętkich pałek. A wówczas wszyscy ruszaliśmy rączym peletonem, pedałując bez rowerów, ten w stylu Alexa Zulle, tamten Induraina, ów, bardziej skromnie , a la Blijevens lub Bertoletti, ktoś inny z racji wieku, w stylu Martina Bahamontesa czy Louisona Bobeta. A to nie sposób czytania czasopisma z pożytkiem

Cytat pochodzi z:
E. Mendoza: Przygoda fryzjera damskiego. Kraków 2004, s. 53.

poniedziałek, 14 lipca 2008

Magiczny klucz

Klucz, który otwiera wszystkie zamki?

A oto kolejny - aberracyjny wręcz - przykład uprzywilejowania religi. 21 lutego 2006 roku Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych, powołując się na amerykańską konstytucję, zadecydował, że członków pewnej kongregacji religijnej ze stanu Nowy Meksyk nie dotyczy prawo, któremu bezwzględnie podlegają wszyscy inni amerykańscy obywatele, a mianowicie zakaz przyjmowania środków halucynogennych. Otóż musimy wiedzieć, że wyznawcy kościoła Centro Espirita Beneficiente Uniao do Vegetal wierzą, iż osiągają kontakt z Bogiem jedynie po napiciu się rytualnego naparu ("herbatki") zwanego ayahuasca, który zawiera zakazany związek halucynogenny - dimetylotryptaminę. Warto zauważyć, że dla sądu wystarczające było, iż ci ludzie wierzą, że środek ten wprowadza ich w stan wyższej świadomości. Nie musieli przedstawiać na to żadnych dowodów. Z kolei istnieje mnóstwo dowodów, że marihuana skutecznie eliminuje mdłości i inne przykre odczucia występujące u chorych na raka poddanych chemioterapii. Jednakże rok wcześniej, w 2005, tenże sam Sąd Najwyższy, również powołując się na konstytucję, uznał, że pacjenci zażywający marihuanę w celach leczniczych mają być ścigani na mocy prawa federalnego (i to nawet w tych nielicznych stanach, gdzie terapia taka była wcześniej uznawana za legalną). Religia zawsze górą! Czy można sobie wyobrazić, by jakiś sąd dał wiarę na przykład stowarzyszeniu miłośników sztuki, że ich zdaniem halucynogeny pomagają zrozumieć malarstwo impresjonistyczne czy dzieła surrealistów. Tym czasem gdy z takim roszczeniem występuje Kościół, znajduje posłuch nawet w Sądzie Najwyższym. Oto potęga religii jako magicznego klucza otwierającego wszystkie zamki.

Cytat pochodzi z:
R. Dawkins: Bóg urojony. Wyd. 4 popr. Warszawa 2007, s. 49-50.

Reklama medialna książki R. Dawkinsa "Bóg urojony".

czwartek, 19 czerwca 2008

Obrady w stylu perskim

Jak uprzyjemnić obrady polityczne?

Herodota wzmianka o perskich zwyczajach.

(...) mają oni w zwyczaju po pijanemu obradować nad najbardziej poważnymi sprawami; co zaś podczas obrad postanowią, to nazajutrz trzeźwym przedkłada gospodarz domu, u którego się naradzali. I jeżeli to im także w trzeźwym spodoba się stanie, rzecz wykonują; jeżeli nie spodoba się, odrzucają. A co na trzeźwo przedtem uradzili, to pijanemu jeszcze raz biorą pod rozwagę.

Cytat pochodzi z:
Herodot: Dzieje. Wrocław 2005, s. 74.

piątek, 6 czerwca 2008

Gdy zabraknie mostu

Sprytne triki starożytnych.

Fragment opisu wyprawy wojennej Krezusa na Persów. Niżej opisane przekroczenie rzeki Halys miało miejsce w 547 p.n.e.

Podobno bowiem Krezus nie wiedział, jak jego wojsko zdoła przeprawić się przez rzekę (bo w owym czasie jeszcze tych mostów nie było); wtedy, jak powiadają, Tales, który znajdował się w obozie, sprawił, że rzeka, która dotąd płynęła po lewej stronie wojska, teraz także po prawej stronie płynąć zaczęła. A miał to uczynić w ten sposób: Kazał wykopać głęboki rów, zaczynający się powyżej obozu, i dalej poprowadzić go w kształcie półksiężyca, tak żeby objął obóz od tyłu. W ten sposób rzeka, skierowana do kanału z dawnego łożyska i przepływając obok obozu, miała znów wpadać do dawnego łożyska. Skoro więc rzeka istotnie podzieliła się, można było oba jej ramiona przekroczyć.

Cytat pochodzi z:
Herodot: Dzieje. Wrocław 2005, s. 43.


Krezus na stosie - malowidło na amforze.

poniedziałek, 24 marca 2008

Pokaż żeś lepszy

Jaki zwyczaj kryje się za tajemniczym słowem "potlacz"?

Najbardziej niezwykła jest praktyka "potlaczu". Słowo to pochodzi z języka chinook i potlacz najczęściej kojarzony jest z indiańskimi plemionami Ameryki Północnej, ale podobne obyczaje spotyka się także na Nowej Gwinei i w innych miejscach globu. Potlacz jest świętem, podczas którego przeciwstawne grupy usiłują zaimponować rywalom przez rozdzielenie lub niszczenie jak najbogatszych darów. Nie tylko więc rozdają hojnie łodzie i futra, paciorki i miedziane talerze, koce i żywność, ale mogą też spalić najcenniejsze z posiadanych dóbr, wymordować niewolników i wylewać cenny olej do ognia.

Cytat pochodzi z:
S. Blackmore: Maszyna memowa. Poznań 2002, s. 244.


Potlacz, Alaska 1895.

piątek, 21 marca 2008

Eskimosi o śniegu

To ile rodzajów śniegu rozróżniają Eskimosi?

Czy słyszeliście, że Eskimosi mają pięćdziesiąt słów na określenie śniegu? Być może czytaliście nawet, że jest ich ponad sto albo dwieście, albo czterysta. Wszystko to bujda. "Wielki słownik eskimoski" jest mitem, wyjątkowo płodnym memem, drukowanym, cytowanym, transmitowanym przez radio i rozprzestrzenianym na wszelkie inne sposoby - niemniej fałszywym. W rzeczywistości słynny antropolog Franz Boas zanotował w roku 1911, że Eskimosi używają czterech odrębnych nazw dla śniegu. Z jakiegoś powodu informacja ta przemówiła do maskowej wyobraźni i zaczęła się rozrastać, aż z owych czterech słów zrobiły się setki. Współczesne oszacowania wskazują, że Eskimosi mają najwyżej dwanaście określeń na śnieg, czyli niewiele więcej, niż jest ich w angielskim, co wcale nie dziwi, biorąc pod uwagę, że spędzają oni wśród śniegów całe życie.

Cytat pochodzi z:
S. Blackmore: Maszyna memowa. Poznań 2002, s. 178-179.


Zdjęcia płatków śniegu pod mikroskopem.

piątek, 14 marca 2008

Nie tylko boa potrafi udusić

Zabójcze drzewa z dżungli.

Historia figowców "dusicieli" warta jest opowiedzenia. Dno lasu równikowego to ciemne miejsce, cierpiące na brak światła słonecznego. Celem każdego rosnącego tu drzewa jest dostać się do otwartego nieba i słońca. Pnie drzew są dla liści jak windy, jak urządzenia umożliwiające wyniesienie baterii słonecznych - zielonych liści - z cienia innych drzew-rywali. Większość drzew skazana jest na śmierć już jako siewki. Tylko gdy dojrzałe drzewo w sąsiedztwie zwali się, pokonane przez porywy wiatru i czas, siewka zyskuje swoją szansę. W każdym miejscu lasu takie szczęśliwe zdarzenie może nastąpić zaledwie raz na sto lat. Wybucha wtedy prawdziwa pogoń za słońcem. Wszystkie rosnące tam siewki najróżniejszych gatunków roślin rozpoczynają szaleńczy wyścig, którego zwycięzca wypełni drogocenną lukę w sklepieniu lasu.
Figowce "dusiciele" odkryły niemal okrutną drogę na skróty ogrodu (ryc. 10.3). Zamiast czekać, aż któreś z drzew umrze, same doprowadzają do takiego wydarzenia. Figowiec "dusiciel" rozpoczyna żywot jako alpinista. Owija się wokół drzewa innego gatunku i rośnie jak powój czy pnąca róża. W przeciwieństwie do powoju jednak wąsy czepne takiego figowca stają się z czasem coraz grubsze i silniejsze. Bezlitośnie wzmacniają swój uścisk wokół nieszczęsnego drzewa żywiciela, uniemożliwiając mu rośnięcie i powodując w końcu rodzaj botanicznego zaduszenia na śmierć. W tym czasie figowiec osiąga już odpowiednią wysokość, by bez trudu wygrać wyścig o plamę słońca zwolnioną przez unicestwione drzewo.

Cytat pochodzi z:
R. Dawkins: Wspinaczka na szczyt nieprawdopodobieństwa. Warszawa 1998, s. 350-351.


Zdjęcie figowca dusiciela.

wtorek, 11 marca 2008

Tor z przeszkodami

Specjalizacje niektórych kwiatów orchidei w celu ich lepszego zapylania.

Równie pomysłowy jest kwiat storczyka z rodzaju Coryanthes, który działa podobnie do dzbanecznika, ale z jedną istotną różnicą. Ma duży zbiornik płynu o intensywnym zapachu przypominającym feromony wydzielane przez samicę pewnego gatunku pszczół. Samiec tego gatunku, reagujący na ów zapach, wpada do zbiornika i niemal się topi. Jedyna droga ucieczki wiedzie przez wąski tunel. Walczący o życie owad odkrywa go w końcu i wpełza do niego w nadziei na ratunek. Na samym końcu zatrzaśnięty na dobre kilka minut, dopóki nie wywinie się na wolność. Podczas owych końcowych zmagań dwa duże okrągłe worki pyłkowe trafiają na jego odwłok. Następnie samiec odfruwa i- być może trochę bardziej smutny, ale niewiele mądrzejszy - wpada w kolejny kwiat tego storczyka. Tam znowu niemal się topi, ponownie boleśnie przeciska się przez tunel wiodący na wolność i jeszcze raz zostaje na chwilę zatrzymany przed ostatecznym uwolnieniem. Wtedy drugi z odwiedzonych kwiatów uwalnia go od worków pyłkowych i zapylenie zostaje zakończone.

Cytat pochodzi z:
R. Dawkins: Wspinaczka na szczyt nieprawdopodobieństwa. Warszawa 1998, s. 302-303.


Kwiat orchidei z rodzaju Coryanthes.

środa, 5 marca 2008

Pływają i latają

Jak daleko potrafią przelecieć ryby i kałamarnice latające?

Ryby takie płyną z dużą prędkością pod wodą, po czym wyskakują w górę, zdumiewając tym prawdopodobnie goniące je drapieżniki, dla których niemal dosłownie znikają bez śladu, jakby rozpłynęły się w powietrzu. A spadają z powrotem do wody dopiero około 100 metrów dalej. Czasami, kiedy dotkną powierzchni wody, uderzają o nią kilkakrotnie mocno ogonem i odzyskawszy prędkość, znowu wzbijają się w górę.

Cytat pochodzi z:
R. Dawkins: Wspinaczka na szczyt nieprawdopodobieństwa. Warszawa 1998, s. 145.
Kałamarnice z rodzaju Onychoteuthis rozpędzają się pod wodą i kiedy osiągną prędkość około 80 kilometrów na godzinę, wyskakują w powietrze i przelatują odległość około 40 metrów, osiągając wysokość niemal dwóch metrów nad wodą. Tę zdumiewającą szybkość uzyskują, płynąc na zasadzie odrzutu; lecą tyłem, ponieważ - jak u wszystkich głowonogów - ich syfony (wodne dysze) znajdują się tuż przy głowach.

Cytat pochodzi z:
R. Dawkins: Wspinaczka na szczyt nieprawdopodobieństwa. Warszawa 1998, s. 147.


Latająca ryba w locie.
Ilustracja pochodzi z:
http://www.moc.noaa.gov/mt/las/pink%20wing%20flyer%20flying.jpg

czwartek, 28 lutego 2008

Ukierunkowani budowniczy

Kolejna wskazówka dla wędrowców.

Karl von Frish, słynny austriacki zoolog, który odczytał taniec pszczół [patrz tu - przy. emstol], kiedyś napisał: Jeśli sobie wyobrazimy termity wielkości człowieka, to ich najwyższe termitiery sięgały by na wysokość większą niż półtora kilometra - czterokrotnie więcej, niż mierzy Empire State Building w Nowym Jorku." Wieżowce na rycinie 1.8 zbudowały austaralijkskie termity kompasowe. Zostały one tak nazwane dlatego, że ustawiają swoje termitiery zawsze na osi północ-południe, dzięki czemu mogą służyć za kompas zagubionym wędrowcom (podejrzewam, że tak samo jest z antenami satelitarnymi - w Wielkiej Brytanii wszystkie zdają się zwrócone na południe). Dzięki takiemu usytuowaniu szeroką ścianę termitiery ogrzewa poranne i wieczorne słońce. Palące promienie południowego słońca nie wyrządzają jej natomiast szkody - ku północy (skąd świeci słońce w południe na półkuli południowej) wystawiona jest bowiem tylko jej wąska krawędź.

Cytat pochodzi z:
R. Dawkins: Wspinaczka na szczyt nieprawdopodobieństwa. Warszawa 1998, s. 28-29.


Termitiery wybudowane przez termity kompasowe.